Po nocy spędzonej w samochodzie na urwisku nad oceanem, wjechaliśmy do Santa Barbara. Miasteczko wyglądało prześlicznie, każdy budynek był do siebie podobny, wszystko było utrzymane w tym samym stylu. Nie potrafiliśmy znaleźć McDonalda na poranną toaletę, o supermarket też musieliśmy wypytywać przechodniów - budynki zlewały się ze sobą i tworzyły jedną całość.
Na dzisiejszy dzień czekałyśmy z Żaną od 18 dni. Nadszedł dzień plażowania! Nasi nałogowi zwiedzacze, Dawid i Radek byli bardzo niezadowoleni. Bolało ich takie marnowanie czasu, w końcu można byłoby wykorzystać ten dzień na zobaczenie kilku kolejnych miejsc. My jednak nie dałyśmy za wygraną, w końcu Kalifornia to przede wszystkim plaża, palmy i słońce.
Śniadanie zjedliśmy na ławeczce z widokiem na ocean - zaczynamy być coraz bardziej wybredni.
Zabraliśmy koce, wino, chipsy i dużo dobrego humoru. Znaleźliśmy malownicze miejsce z pięknym widokiem, gdzie w oddali można było wypatrzeć skaczące delfiny. Rozłożyliśmy obozowisko i zaczęliśmy cudowny dzień plażowania. Pogoda w końcu dopisała, było bardzo ciepło. Mieliśmy gry karciane, opalanie, drzemkę na kocach i budowle z piasku. Myślimy, że nawet sceptycznym na początku chłopcom podobał się ten dzień, w końcu wytrzymali tam trochę dłużej niż sami zakładali (15 minut).
Dzień zakończyliśmy pizzą, gdzieś na ulicach Santa Barbara, w knajpce z widokiem na molo znane z serialu Californication.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz