czwartek, 4 lutego 2016

3 luty - Panglao

Jesteśmy na Panglao, czyli niewielkiej wyspie obok Bohol.
Budzimy się rano, słońce świeci, 29 stopni, wyruszamy zobaczyć morze.
Co tu dużo pisać, dzień nie należał do szalonych. Plaża, morze, ciepły rum..
Nasza czteroosobowa grupa dzieli się na dwa obozy jeśli chodzi o sposób plażowania . Ja i Domi to leniwce plażowe, czyli leżymy w cieniu, czytamy książkę, nie lubimy wody i często jesteśmy głodne. Jeśli chodzi o chłopaków to czujemy się tak jakbyśmy tu zabrały dwóch 5 latków ("spakowałas mi ręcznik?" "drzazga weszła mi w stopę" "gdzie jest moja maska do nurkowania - spakowałaś mi?" "idziemy zobaczyć tą przewrócona palmę?" "przenieśliśmy wam muszelke" "czemu wy tak leżycie?" "piasek wsypał mi się do szklanki z rumem!" "nie będę się smarował kremem, to słońce przecież nie opala"- i tak bez końca). Więc wymyślamy im różne atrakcje i wysyłamy na spacery po arbuzy i mango, bo przecież do dzieci trzeba mieć odpowiednie podejście.
Filipińczycy to naród chrześcijański. Przy każdym motorze, w każdym samochodzie jest różaniec. Przed budynkami wiszą święte obrazki, dużo jest kościołów, a na każdym tricyklu wypisany jest fragment Biblii, albo słowa Jana Pawła 2. To biedny kraj, ludzie żyją tu w drewnianych, zniszczonych chatkach, ale są niesamowicie pogodni i uśmiechnięci - zawsze chętni by pomóc.
Mamy 5 dni na Panglao. Chyba jakoś to zniesiemy..
PS. Rum pijemy dziś za urodziny mamy, jak widać okazji jest bez liku.






































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz