Cały dzień upłynął nam na podróży. Około 17:00 wyszliśmy z pociągu w mieście Guilin, w którym też nie ma nic. Musieliśmy wziąć autobus do miejscowości Yangshuo, do której od początku bardzo chciał jechać Paweł. Gdy tam wjeżdżaliśmy było już ciemno, ale miejsce to tętniło życiem. Coś jak polskie Mielno latem. Od razu nam się tam spodobało. Upragniony prysznic i wyszliśmy na miasto. W końcu po dwóch tygodniach niepowodzeń udało nam się trafić na pyszny posiłek. Pan kucharz miał grilla przy drodze, wręczało mu się mięsko albo warzywko nabite na kijek i pan grillował. Dzięki radom Doroty spróbowaliśmy smażonych bakłażanów, rewelacja! Były ośmiorniczki, ślimaki, kwiaty lotosu i inne dziwactwa. Pyszna kolacja!
Resztę wieczoru spędziliśmy na dachu naszego hostelu, gdzie było wiele gier i zabaw.
Do Yangshuo przyjechaliśmy odpocząć i poimprezować. W końcu!
PS. Pociągi w Chinach. Ciekawe jest to, że pociąg jedzie 24 godziny i zawsze jest na czas, nie zdążyło nam się żadne spóźnienie. W Polsce pociąg jedzie 3 godziny i potrafi mieć kolejne 2 godziny opóźnienia.
W Chinach ludzie dużo podróżują. Zabierają ze sobą worki jedzenia i ogromne termosy z herbatą. My też polubiliśmy pociągi, szczególnie wtedy gdy każdy ma swoje łóżko i jesteśmy razem w przedziale.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz